O autorze
Joanna Konieczna - certyfikowany (TROP/Polskie Towarzystwo Psychologiczne) coach i trener z dwudziestoletnim doświadczeniem w biznesie, organizacjach publicznych i pozarządowych. Pracuje również z Klientem indywidualnym. Specjalizuje się w budowaniu zaangażowania, rozwijaniu talentów, przeprowadzaniu przez kryzysy, wdrażaniu mniej popularnych rozwiązań biznesowych, mediach tradycyjnych i społecznościowych oraz zmianach na poziomach: osobistym, organizacyjnym, społecznym.
Pracuje w oparciu o sokratyczną metodę nauczania, dyskusji i argumentacji, po której - jej zdaniem - ludzkość nie wymyśliła wiele więcej w zakresie coachingu, poza umiejętnością sprzedaży.
Prywatnie mama dwójki dzieci, mężatka i właścicielka trzech psów. Kocha ludzi, teatr, książki (wyłącznie na papierze) i film.
Więcej:
joannakonieczna.pl
facebook.com/joannakonieczna.coach

Pobudka, chamie!

Piszę do Ciebie bez najmniejszej nadziei na przeczytanie. Przecież Ty nie trudzisz się literowaniem - cyfry na banknotach to wystarczająca lektura. Nie, nie te na pasku z księgowości - zachłanne paszcza żąda, żeby jej dać. A jak już się nażre i napije, to zaśnie.

Od redakcji:

W naTemat mamy ok. 1000 blogerów. To wpis jednego z nich. Redakcja nie utożsamia się, ani nie ingeruje w tematykę wpisów blogerów (o ile nie łamią prawa). Artykuły blogerów przedstawiają wyłączenie ich poglądy.

Wycieczka do Druskiennik okazała się nie lada przygodą. Było blisko, kilkadziesiąt kilometrów, więc myk w samochód i jedziemy prze puste pola i lasy do „największego oraz najnowocześniejszego uzdrowiska na Litwie” (cyt. za Wikipedią). Tę podróż w czasie bardziej, niż w przestrzeni, odbyliśmy po dziurawych dróżkach, których jakości wstydziłaby się dziś polska ściana wschodnia. No, może na zakochanym w prawilnej władzy Podkarpaciu jeździ się podobnie. Gdzieniegdzie kompletnie puste małe wioski, po kilka domów na krzyż - przez godzinę naliczyłyśmy pięć żywych osób, w tym jedną babinę na przydrożnym cmentarzu.

No i wreszcie miasto, osławione z dóbr natury i jak mawiają, z roku na rok coraz piękniejsze. Oby mieli rację - martwe miasteczko żywcem przeniesione z końca lat 80-tych przeraża, zamiast zachwycać. Ogromny pusty hotel (?) przy wjeździe do centrum straszy wybitymi oknami i brudną fasadą. Aquapark, niewątpliwie największa atrakcja Druskiennik, znana z przewodników, to ponury, wielki bunkier. Podobno w środku jest fajnie. I dalej pustawe pensjonaty, szare, smutne budynki, poprzetykane starymi pięknościami, kłuje w oczy brak pieniędzy na ich odrestaurowanie. Ludzi na ulicach bardzo mało, są za to przemili, piękni, uśmiechnięci. To już wycieczka w inny wymiar, przyjmując wciąż odnośniki polskie - w wyjeździe z wąskiego parkingu pomaga sam z siebie miły przechodzień - w Warszawie siedzi taki na ławce i się śmieje. Najpiękniejsze są, jak zwykle, kobiety: z reguły długowłose, z tak fikuśnie upiętymi włosami, jakby wszystkie miały za chwilę wyjść na scenę i zatańczyć Jezioro łabędzie. Biedny kraj dobrych ludzi.

Wracamy na dobrą stronę bardzo zasmuceni, ja bardziej, bo wiem, że za moment wszystko, dosłownie wszystko, czym dziś Janusze błyszczą na Krecie lub choćby we Władysławowie, pójdzie z budżetowym dymem na 500+ i inne nagrody za „dobrą zmianę”. W sumie fajna fucha - 7000 rocznie za jedno machnięcie długopisem raz na cztery lata i można dalej leżeć, i czekać na nadwiślański cud.

Już za chwilę, którą jak zwykle prześpicie, będziemy wyglądać podobnie, biedni, za to w przeciwieństwie do Litwinów, jak zawsze wkurzeni. Na „onych”, którzy dali za mało, albo na „tamtych”, którzy kiedyś nic nie dali. Ale przede wszystkim na elity, które mają, bo się nakradły i takie nażarte, pachnące i błyszczące, patrzą z pogardą na prostego człowieka, który własnymi rencami odbiera pińcset, bo się należy.

Powiem Ci, ludzie słusznie oburzony, któryś się właśnie dorwał do rogu, że te piękne elity najpierw musiały kilka szkół skończyć i cieżko się narobić, żeby do towarzyskiej śmietanki dostać. To często Twoi sąsiedzi, którym się chciało zajrzeć do książek, podczas kiedy Ty gapiłeś się w telewizor. Uczyli się języka, nie tylko umiłowanego ojczystego, żeby poglądy wyrobić nie na sieczce serwowanej w Wiadomościach, ale na przeglądzie światowej prasy. Na studiach balowali, ale na nie dotarli, a często ukończyli, pracując na stażach, żeby świecić CV, a nie oczami. Co bardziej rozpustni kończyli kolejne szkoły, żeby zdobywać doświadczenie i móc zarabiać większe pieniądze na podróże dalsze, niż do najbliższego centrum handlowego. Pracowali, pracują, mają.

A Ty, chamie odurzony wyborczym zwycięstwem, jak zwykle pierwszy dostaniesz w dupę. Elity każdej władzy wezmą swoje i zdążą zawinąć łupy, zanim Ty się ockniesz, że znowu były jakieś wybory. Zostawią dziurawe ulice, brudne domy, unijna kasa przestanie ciurkać, a co więksi gracze biznesowi przeniosą się do mniej sfrustrowanego kraju. Na przykład na Litwę.
Pobudka, rodem z Barei, będzie bolesna. Najbardziej dla Ciebie, leniwy chamie.



joannakonieczna.pl
Trwa ładowanie komentarzy...